Za mądra dla głupich, a dla mądrych zbyt głupia. A huuu!
Zbyt ładna dla brzydkich, a dla ładnych za brzydka. A huu!
Za gruba dla chudych, a dla grubych za chuda. A huuu!

[Kasia Nosowska]

 

Siedziała naprzeciwko mnie w przytulnym ogródku w jednej z wrocławskich knajpek. Piękna. Szczupła, idealna opalona skóra, duże błyszczące oczy, długie lśniące brązowe włosy, promienny uśmiech, delikatna biżuteria i zwiewna modna sukienka. Nie mogłam oderwać od niej wzroku! Oczywiście od razu pomyślałam o sesji fotograficznej. No i o tym, że chciałabym mieć taką cerę. Takie moje małe zboczenie – przyglądam się intrygującym kobietom. Zachwycam się i zazdroszczę.

Czy nie lubię siebie? Lubię. I po takiej wnikliwej obserwacji (chociaż pewnie wygląda to czasem na zwykłe gapienie się) myślę sobie „durna, przecież gdybym mogła nigdy nie zamieniłabym się w nikogo innego.” No, ale… Niech da znać ktoś, kto nigdy nie zwątpił w swoją wartość. W swój wygląd, wiedzę, kompetencje, miejsce zamieszkania, styl życia. Że może jednak za mało ciekawe, nie wystarczająco cool, bo tam na drugim końcu świata (albo przy stoliku obok) są tacy opaleni, zabawni, fajnie ubrani, którzy robią karierę i mają idealne pośladki.

Słucham i obserwuję. I śmiem twierdzić, że to nie tylko mój problem. Dlaczego nie wierzymy w siebie i porównujemy się z innymi do utraty sił? Gdzie podziała się nasza wewnętrzna akceptacja? Patrzymy na siebie w lustrze i szukamy mankamentów – za chudy, za gruba, za wąskie biodra, za duży nos, postępująca łysina, pryszcze, widoczne blizny, za mały biust, za duża pupa, za proste włosy, za niski głos, zbyt nieśmiała, o jeden maraton w tym roku za mało, za niskie wykształcenie, za słaby angielski, za małe mieszkanie, nie dość lajków pod zdjęciem na instagramie, za mało punktów w konkursie na najlepszą matkę, niezbyt imponujące CV, za głośna, nie dość przebojowy. Ufff… aż się zmęczyłam.

Niedawno pomagałam pewnej bardzo bliskiej mi osobie w pisaniu listu motywacyjnego. Kiedy przeczytałam to, co napisała ścisnęło mnie za gardło. Jak to? Tylko tyle? Czemu tak skromnie?! Przecież mogłabym kilkustronicowe poematy pisać na jego temat! Bardzo zasmuciło mnie wtedy, że nie dostrzega tych wszystkich swoich zalet, które widzę ja. I że muszę zrobić coś, żeby je sobie uświadomił! Kiedy opowiedziałam o tym mojej przyjaciółce, oblała mnie wiadrem zimnej wody – „przecież to dokładnie tak samo jak ty. jakbyś o sobie mówiła.” Uppsss…

Letni wieczór. Rozmowa z przyjaciółką na temat minionego dnia. Ona pierwszy dzień na służbowym wyjeździe: – „głowa dała się we znaki, ciężki dzień” – „co głowa wymyśliła?” – „że jestem beznadziejna, nie nadaję się do tej pracy” – „skąd wzięła się ta myśl?!” – „nie dostałam informacji zwrotnej, że było super”. Własnymi oczekiwaniami zabijamy w sobie wiarę w samych siebie… (nie muszę chyba dodawać, że w/w przyjaciółka to wspaniała osoba i jest świetna w tym, co robi.)

Ostatnio wymyśliłam sobie zabawę – obserwuję ludzi wokół mnie i w każdym szukam czegoś ciekawego, co przyciąga uwagę. Niesamowite! W każdym znajduję coś i nazywam (oczywiście w swojej głowie – chociaż myślę, że byłoby super mówić to ludziom głośno) w ciągu kilku sekund. Polecam zacząć od siebie. Patrzeć w lustro i mówić sobie „ale mam super piegi” i dopuścić myśl, że to dowód wyjątkowości.

Już lubię swój nos (i nawet profil zaczynam), bo od lat przyciąga uwagę różnych ludzi i wzbudza sympatię. I grzywka nie ma już na celu schowania mojej blizny na czole, już nie planuję jak ukryć pod tatuażem znamię na ramieniu, chociaż kiedy przychodzi lato zawsze kilka razy usłyszę z przerażeniem „a co ci się stało??”. I już nie walczę z tym, że nie jestem duszą towarzystwa, że wolę pracę indywidualną w domu, że wciąga mnie edycja zdjęć po nocach, a nie spotkania biznesowe. Bo to wszystko to ja. Jedyna i niepowtarzalna. I uczę się akceptować siebie w całości.

Podobnie jak to co mnie spotyka. Każde doświadczenie – przyjemne lub trudne, jest jak kropla, która drąży skałę. I nadaje jej unikatowy kształt. Akceptuję to, co życie przynosi, bo jestem przekonana, że tak właśnie miała wyglądać moja droga, do czegoś swoimi zakrętami prowadzi. A liczy się i tak bardziej od celu, który jest na jej końcu. I pozwalam jej wić się swoim naturalnym rytmem – wybrzmieć emocjom, wydarzyć się błędom, obserwować efekty decyzji, każdemu kolejnemu dniu dawać szansę i obserwować jak wzrasta wewnętrzna siła. Staram się również nie złościć na to, na co nie mam wpływu, a działać świadomie tam, gdzie mój wybór jest decydujący.

Kiedy gapiłam się na tę piękną dziewczynę wcale nie chodziło o to, jak idealnie prezentował się złoty łańcuszek na jej śniadym dekolcie przy oliwkowej sukience. To co mnie przyciągało to była jej pozytywna aura – autentyczna obecność skupiona na ludziach wokół, szczery uśmiech i błysk w oku, który mówił „jestem tu i teraz i jestem szczęśliwa”. I tu mnie boli. Że czasem tak trudno osiągnąć ten stan uważnej obecności i cieszyć się obecną chwilą. Dać spokój temu co było i nie gnać do przyszłych wydarzeń, czyli przestać żyć tym, czego nie ma. Bo realna jest tylko aktualna chwila.

Kto zna dalszy tekst piosenki Kasi Nosowskiej?

Spróbuj się domyślić, gdzie to mam. 
Gdzie? No gdzie? A huuu!

 

Zapraszam do spotkania z Juti – moją przyjaciółką, która jest w wyjątkowym momencie swojego życia oczekiwania na dziecko. I choć to czasem również niełatwy czas dla kobiety pod względem akceptowania siebie – to mnie jej piękno wewnętrzne i zewnętrzne onieśmiela!

 

[zdjęcia można przeglądać również w galerii: Akceptacja]